6 marca w południe przyszedł kolejny mail, mieliśmy się stawić na miejsce zbiórki tego samego dnia o 22:30.
Odbędzie się nocny przejazd przez granicę i rano dojedziemy do Arabii Saudyjskiej, gdzie będziemy oczekiwać na samolot.
Okazało się również, że oprócz lotu humanitarnego rząd Polski we wspólpracy z liniami LOT zapewnił pasażerski przelot i kolejna duża grupa Polaków wróci do kraju. Wciąż pierwszeństwo mieli pasażerowie tranzytowi i turyści, którzy utknęli na wakacjach. Polacy, którzy zamieszkali w Katarze na stałe nie załapali się na ten lot. Problemy miały też rodziny mieszane, tylko obywatele RP mogli lecieć zorganizowanymi lotami, co w niektórych przypadkach oznaczało rozdzielenie rodzin.
To co nas teraz czekało, musieliśmy mieć wizę, bo inaczej zostaniemy na granicy zdani sami na siebie, zorganizować sobie prowiant i podpisać oświadczenie, że bierzemy za siebie pełną odpowiedzialność, jeśli coś się wydarzy.
Na miejscu zbiórki było pełno Polaków, naliczyliśmy 8 autokarów. Poznaliśmy pracowników polskiej ambasady, którzy w naszych oczach uchodzili za bohaterów.
Wsiedliśmy do autokarów, które jeden za drugim powiozły nas w stronę arabskiej granicy, jedynej jeszcze otwartej drogi ucieczki z rejonu Zatoki Perskiej.
Ambasada zadbała nawet o prowiant na drogę, a ambasador wraz z żoną i swoimi pracownikami towarzyszył nam do samej granicy, wzruszyłam się po raz kolejny tego dnia.
Gdy minęliśmy amerykańską bazę, przez cały autokar przeszło westchnienie ulgi, tak bardzo baliśmy się tego momentu, że nasze nadzieje po raz kolejny zostaną zniszczone,
Przejście przez granicę trwało dość długo, wszystkie bagaże musiały zostać wyciągnięte, do pracy ruszyły pieski, które sprawdzały bagaże, wnętrze autokaru, a nawet obwąchiwały pojazd z zewnątrz. Po przekroczeniu granicy zasnęłam. Zaczęło świtać. Jechaliśmy przez pustynię, piękny księżycowy krajobraz, stada wielbłądów i wielka nadzieja, że powrót do domu jest coraz bliżej.