Pewnego dnia Paweł uberem zamówił karty do gry, graliśmy w nie godzinami, aby przyspieszyć upływ czasu.
Podczas wieczornej rozgrywki przyszedł mail.
Ambasada zbierała chętne osoby do przejazdu do Arabii Saudyjskiej. Ambasada zapewniała tylko przejazd, my mieliśmy jak najszybciej wykupić sobie wizę, znaleźć lot i hotel. Oni we współpracy z rządem Kataru, zorganizują przejazd.
Zgodziliśmy się bez wahania. Wypełniliśmy formularz, aplikowaliśmy o arabską wizę i czekaliśmy.
Z polskich grup wiedzieliśmy, że nie wszyscy wyrazili chęć. Niektórzy woleli poczekać na Qatar Airways lub wierzyli, że zostanie uruchomiony lot dla Polaków.
My chcieliśmy jak najszybciej opuścić ten rejon.
Czekaliśmy na taką okazję.
Paweł rzucił, jeśli wrócimy to teraz lecimy do Fatimy! Dobra! Powoli zaczynaliśmy się uśmiechać się i wstępowała w nas nadzieja.
Po kilku godzinach przyszedł kolejny mail:
“Szanowni Państwo,
uprzejmie informujemy, że polskie władze organizują przejazd autokarowy z Dohy do Rijadu oraz lot humanitarny z Rijadu do Warszawy przeznaczony dla obywateli RP znajdujących się w Katarze.
Zostaliście Państwo zakwalifikowani do uzyskania wsparcia w tej formule.”
Niemalże znam na pamięć treść tego maila. Popłakałam się, ale jeszcze się nie cieszyłam. Dalej w mailu jest zastrzeżenie, że w każdej chwili transport może zostać wstrzymany, a samolot nie doleci do Rijadu. Bałam się czuć nadzieję, tyle już razy sytuacja się pogarszała.
Transport miał się rozpocząć następnego dnia wieczorem. Tego dnia odebraliśmy też nasze bagaże.
Na polskich grupach zawrzało. Okazało się, że nie wszyscy się załapali. To jeszcze bardziej mnie rozsypało. Zastanawialiśmy się dlaczego my zostaliśmy zakwalifikowani, być może znaczenie miał fakt, że była z nami Pawła mama, która w formularzu łapała się w tych najstarszych widełkach, być może moja informacja o dopiero co zakończonym zwolnieniu lekarskim, a być może wyrażona w pierwszej kolejności chęć do opuszczenia Kataru w jakiejkowliek formie. Nie wiem, ale wdzięczność była ogromna. Jednocześnie bałam się każdej kolejnej godziny, że przyjdzie mail odwołujący całą akcję. Trzeba było przespać noc i cały czas pilnować maila, czekając na harmonogram ewakuacji.