Rano poszliśmy na śniadanie z pięknym widokiem na Doha.
Z hotelu odebrała nas Dominika, polska przewodniczka, która od lat żyje w Katarze wraz z mężem i dziećmi.
Rozpoczęliśmy zwiedzanie. W normalnych warunkach napisałabym tutaj mnóstwo ciekawostek o sokołach, wielbłądach, klimatyzowanych ulicach, o tym jak to się stało, że tylko ⅓ mieszkańców to Katarczycy, a mimo to Katar nie ma problemu z imigrantami i nie ma ani jednego bezdomnego, o ramadanie, który akurat trwał. O tym, że byliśmy zachwyceni Dohą… ale tak naprawdę to nie ma znaczenie.
Znaczenie ma tylko to, że po dwóch godzinach nasza przewodniczka ze łzami w oczach powiedziała, że zaczęła się wojna pomiędzy Izraelem i USA a Iranem.
Jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co to dokładnie oznacza.
Dominika powiedziała, że rok temu była podobna sytuacja, po 12 godzinach wznowiono loty. Myśleliśmy, że czeka nas ten sam scenariusz. Dominika pojechała do dzieci, które już zostały przeniesione w bezpieczne miejsce.
W drodze na lotnisko zobaczyliśmy pierwszą rakietę. Na lotnisku zobaczyliśmy kolejne, poczuliśmy jak wszystko drży.
Samoloty były odwoływane, a nawet zawracane, ludzie rozjeżdżali się do hoteli, a my czekaliśmy. Aktualizacje były podawane co dwie godziny, łudziliśmy się z każdą aktualizacją, wreszcie powiedzieli nam, żebyśmy pojechali do hotelu, bo do rana na pewno nie ruszy.
Poszliśmy zapytać o hotel, nie ma już - skończyły się miejsca. W pierwszej kolejności hotele dostały wycieczki zorganizowane.
W porządku, opłacimy jedną noc i pewnie jutro wystartujemy. Przecież to nie jest wojna Kataru…